wtorek, 7 listopada 2017

Carmona - czyli o niesprawiedliwości na świecie.


Dobrym przykładem na to, że sprawiedliwość na tym świecie nie istnieje jest hiszpańskie miasto Carmona.


Carmona jest małym miasteczkiem, pięknie położonym na wzgórzu. Ma ono - to miasteczko długą i ciekawą historię, o której pisać nie będę. Wzgórze ma zapewne historię jeszcze dłuższą.


Ma też miasteczko to mnóstwo pięknych i bardzo dobrze zachowanych zabytków. Jest po prostu śliczne.



Ale ma pecha, bo jest w Hiszpanii a w dodatku niedaleko Sewilli. Dlaczego to jest pech? Bo w Hiszpanii pełno jest takich miasteczek. A Sewilla ma tyle wspaniałych atrakcji, że one wszystkie przyćmiewają małą Carmonę.



Bo gdyby na przykład Carmona była nie w Hiszpanii, ale dajmy na to w Serbii, Albanii a nawet Rumunii to na pewno była by wielką atrakcją turystyczną a może i nawet wpisana by została dzięki usilnym zabiegom rzadów tych krajów na listę Światowego Dziedzictwa Unesco. A tak jest gdzieś na uboczu i mało kto tutaj przyjeżdża.




No nie jest tak źle, bo jeśli my tam przyjechaliśmy to chyba jest trochę znana.


Trochę informacji praktycznych.
Jak się dostać? Najlepiej samochodem z Sewilli, a jeśli ktoś nie ma samochodu to bardzo dobrą opcją jest autobus M-124, który odjeżdża z okolicy stacji metra San Bernardo we wspomnianej już wcześniej Sewilli. Podróż trwa ponad godzinę - niby 38 km, ale autobus często się zatrzymuje - i kosztuje coś ponad 2 Eur.


Gdzie zjeść? Np w rynku jest parę restauracji, gdzie zjeść można np. byczy ogon


Gdzie się przespać albo wieczorem zabawić nie poradzimy, bo wieczorem wróciliśmy tym samym autobusem do Sewilli.



sobota, 4 listopada 2017

Gjirokastra


Albania jakoś mi się nie spodobała. Właściwie to nie wiem dlaczego. Przyroda i krajobrazy ładne, ludzie bardzo mili, jedzenie dobre i niedrogie, żadnych złych przygód i złych wspomnień. Może po prostu we łbie mi się już od tych podróży przewróciło i zdziwiam.


W Albanii podobało mi się miasto o nazwie Gjirokastra. Pojechaliśmy tam, po pierwsze bo było po drodze z pierwszego naszego miejsca odpoczynku na południu - czyli z Ksamilu do drugiego naszego miejsca odpoczynku do Golem. A po drugie jest to miasto wpisane na listę Unesco. A jak wiadomo, lista Unesco jest to coś co sprawdzam kiedy chcę jechać do jakiegoś kraju i nie wiem co chcę zobaczyć. W przypadku Albanii lista ta jest jeszcze krótsza niż w przypadku Serbii, są na niej właściwie tylko trzy pozycje i wśród nich  Gjirokastra.


Jeśli chodzi o informacje praktyczne, to co mogę polecić to to żeby zaparkować wcześniej, niż w centrum - będą po prawej i lewej parkingi i trochę się przespacerować do centrum bo nie jest daleko.


Trzeba koniecznie pospacerować wąskimi uliczkami, zwracając uwagę czym są pokryte dachy domów.




Wejść na górę i zobaczyć twierdzę a po drodze do twierdzy kupić sobie w barze bardzo dobre i tanie burki (nie mam na myśli wcale strojów kobiecych).



W twierdzy warto znaleźć grób jakiegoś Baby i zaglądnąć przez okno.





Byliśmy tu może parę godzin, a mamy stąd chyba najmilsze wspomnienia z Albanii.


Studenica


Serbia raczej nie jest popularnym celem polskich turystów, takie jest przynajmniej moje wrażenie. Co prawda mnóstwo samochodów z polską rejestracją wjeżdża do tego kraju ale wydaje mi się, że większość z nich wyjeżdża z niego kilkanaście godzin później kierując się do Grecji.


Tegoroczne wakacje postanowiliśmy spędzić w Albanii, a ponieważ jesteśmy takim typem ludzi, że leżenie przez dwa tygodnie na plaży mogło by doprowadzić do gwałtownych konfliktów w naszej rodzinie musieliśmy coś zaplanować po drodze do zwiedzania. Po drodze była Serbia właśnie - terra incognita a jednocześnie kraj ulubionego kiedyś pisarza mojej żony Pavica. Więc dlaczego nie zwiedzić czegoś w Serbii? Pewnie nie jestem zbyt oryginalny, ale szukanie miejsc wartych zobaczenia w jakimś kraju rozpoczynam od sprawdzenia obiektów wpisanych na listę Unesco. Serbia nie imponuje liczbą obiektów na tej liście - tylko 5, ale patrząc na listę już wiedziałem, że na pewno muszę zobaczyć Monastyr Studenica. Stare, prawosławne klasztory, a dodatku takie gdzie można jeszcze przenocować to takie moje "must see".





Klasztor leży, można tak powiedzieć na uboczu, do głównej autostrady północ- południe jest ok 140 km, po drogach krętych więc zboczyć i wpaść na chwilę nie można. Ponieważ byliśmy samochodem więc nie podam praktycznych informacji jak dojechać transportem publicznym. Mogę podać adres internetowy klasztoru, gdzie można zamówić nocleg. http://www.manastirstudenica.rs/konak/ Pokój dla czterech osób ze śniadaniem kosztował jak na Serbię niemało, bo 60 EUR, to był nasz najdroższy nocleg w tym kraju, ale za nocowanie w takim miejscu to warto. Wieczorem, kiedy meldowaliśmy się - człowiek na portierni poinformował nas, że "służba w cerkwi" jest rano o 7.30 a po niej śniadanie - więc ta cena zawierała nie tylko coś dla ciała, ale też dla ducha.




A klasztor, nie będę nic pisał naprawdę warto zboczyć z trasy, poświęcić dzień i zobaczyć.




ps. jakby cena noclegu w klasztorze odstraszała, to wcześniej widzieliśmy jakieś hotele, które być może będą tańsze

ps2. mimo, że to Europa, środek wakacji to pierwszy raz nam się zdarzyło, że nie spotkaliśmy tu żadnego rodaka

środa, 18 stycznia 2017

Pieczory - Monaster Pskowsko-Pieczerski


Tuż przy granicy rosyjsko-estońskiej, ok 50 km na zachód od Pskowa znajduje się jeden z najbardziej znanych i najważniejszych rosyjskich klasztorów prawosławnych, mający za sobą ponad 500 letnią historię i nieprzerwanie w tym czasie działający,  Monaster Pskowsko-Pieczerski.


Kiedy przyjechałem tutaj pierwszy raz był styczeń, niedziela - prawosławni obchodzili Święto Chrztu Pańskiego. Kończyło się właśnie nabożeństwo. Wszędzie było pełno śniegu. Prawdziwa zima.



Pamiętam, że mieliśmy dobrą zabawę obserwując jak tłum ludzi walczy o to, żeby jak najszybciej zdobyć trochę wody święconej. Nie było walki w dosłownym sensie, ale każdy chciał jak najszybciej dobiec do wiader z wodą święconą, przy okazji były jakieś przepychanki, słowne utarczki. Potem zadowoleni wychodzili, niosąc plastikowe kanistry i butelki z cenną zawartością. Niezbyt wiele pamiętam, a przecież to było tylko osiem lat temu. Dlatego postanowiłem pisać o moich podróżach, głównie dla siebie. 


Kiedy przyjechałem tutaj drugi raz był lipiec, jakiś zwykły powszedni dzień. Pogoda była piękna, świeciło słońce, na niebie parę chmur. Sielanka.



Dochodziła dwunasta, przed jakimś mniej głównym wejściem do klasztoru, tuż obok dzwonnicy zgromadził się niewielki tłum. Kobiety oczywiście z chustami na głowach. W tym tłumie też my. 


  
Za chwilę mieliśmy wejść do słynnych podziemi - pieczar, od których klasztor i miejscowość w której się znajduje noszą swoje imię, a które to - pieczary znajdują się pod klasztorem. Mieliśmy szczęście bo te podziemia do tej pory były zamknięte dla zwiedzających. Zostały otwarte dla szerszej publiczności niedawno, nie wiadomo na jak długo. A tak na prawdę wcale nie są otwarte dla turystów, nie sprzedaje się biletów wstępu. To w czym mieliśmy za chwilę uczestniczyć, to nie miała być wycieczka, ale coś w rodzaju pielgrzymki, na którą trzeba było się wcześniej zapisać w klasztorze, przy okazji składając jakąś ofiarę pieniężną. Dobrze mieć rodzinę albo znajomych. Gdybyśmy byli zwykłymi turystami z ulicy, na pewno nie udało by nam się tutaj wejść.


Wybiła dwunasta. Wyszło kilku mnichów, w oknach dzwonnicy pojawili się jacyś mężczyźni, zaczęli ciągnąć za sznury i linki, zaczął się kilkuminutowy koncert na dzwony.


Po zakończeniu koncertu, otworzyły się drzwi pod którymi staliśmy, wyszedł jakiś mnich i zaczął wyczytywać z listy nazwiska. Wyczytani mogą wejść za drzwi. Wszyscy weszli. Drzwi zostają zamknięte, zapada zupełna ciemność, którą za chwilę trochę rozjaśnią cienkie świeczki, trzymane przez uczestników tej wycieczko-pielgrzymki. Wtedy właśnie mnich rozpoczyna swoją opowieść.
Jest XIV wiek, wszędzie dokoła rośnie gęsty las. Dwóch myśliwych z pobliskiego Izborska, ojciec i syn wybrali się na polowanie. W pewnym momencie, w głębi lasu, niedaleko potoku usłyszeli głosy "śpiewających niewypowiedzianie pięknie", opowieść nie precyzuje, kto mógł tak śpiewać, ale domyślić się można, że chodzi o chóry anielskie. Jednocześnie myśliwi poczuli piękny zapach kadzidła. Można by to potraktować jako fantazję bądź halucynację spowodowaną działaniem jakichś roślin gdyby nie następne wydarzenie. Jakiś czas później mieszkający w okolicy chłop karczował las na zboczu góry. Jedno z powalonych drzew padając pociągnęło za sobą kilka innych. Pod korzeniami jednego z nich otworzyło się wejście do jaskini, a nad wejściem pojawił się napis: “Богом зданныя пещеры” "Jaskinie stworzone przez Boga".Wieść o cudownych wydarzeniach rozniosła się po prawosławnym świecie i wkrótce przybyli tu mnisi, uchodźcy z Kijowsko-Pieczerskiej Ławry, którzy uciekali daleko na północ chroniąc się w Pskowie i okolicach przed najazdami Tatarów Krymskich. Za oficjalną datę założenia Pskowsko-Pieczerskiego Klasztoru przyjmuje się rok 1473, kiedy w jednej z jaskiń została oficjalnie poświęcona cerkiew. Mnichów przybywało, okoliczna szlachta hojnie sponsorowała, klasztor się rozrastał, przybywało cerkwi, budowli pomocniczych, po jakimś czasie został otoczony murem z basztami i zaczął pełnić funkcję nie tylko religijną ale i wojskową broniąc zachodnich granic Państwa Moskiewskiego przed wojskami polskimi, szwedzkimi.


Dziś klasztor to cały zespół kilku cerkwi, dzwonnic i budynków pomocniczych otoczonych murami obronnymi.

Kompleks jaskiń, pieczar nazywanych "Богом зданные пещеры" to dzisiaj labirynt podziemnych korytarzy o łącznej długości około 200 metrów używanych od wieków do czasów dzisiejszych jako klasztorny cmentarz, w którym oprócz mnichów chowani byli przedstawiciele okolicznej szlachty, członkowie znamienitych rodzin. Łącznie w pieczarach pochowano ponad 10 tysięcy osób. Panuje tutaj stała temperatura +10 stopni i specyficzny mikroklimat. Trumny są układane w komorach wykopanych w ścianach jaskiń, jedna na drugą. Nie są niczym, zasypywane - ani piaskiem ani ziemią. Mimo to w jaskiniach nie czuć żadnego zapachu. Mikroklimat tu panujący powoduje, że ciała się nie psują. Pewnie też dlatego żeby nie zepsuć tego mikroklimatu, nie jest łatwo się tutaj dostać. Podobno radzieccy uczeni, próbowali wyjaśnić przyczynę która powoduje, że ciała się nie psują, ale nie doszli do żadnych wniosków. Opowiedział, też inną krew w żyłach mrożącą historię o innych radzieckich uczonych, którzy chcieli przebadać trumnę jakiejś świętej, i z trumny zaczął się wydobywać ogień, który wystraszył radzieckich uczonych...
To wszystko to opowieści mnicha, który nas oprowadzał, nie może oczywiście zabraknąć informacji, że klasztor, no i oczywiście podziemia odwiedził w którymś tam roku prezydent Rosji Władimir Władimirowicz Putin.
Po jakichś 40 minutach opuszczamy podziemia, dla jednych wycieczka, bardzo specyficzna wycieczka dla innych pielgrzymka dobiegła końca.

Dla bardziej zainteresowanych oficjalna strona klasztoru
http://www.pskovo-pechersky-monastery.ru

piątek, 13 stycznia 2017

Kiży - Кижи


Na początek dla tych którzy nie wiedzą co to Kiży, krótki cytat z wikipedii:

Kiży (ros. Кижи) – wyspa na jeziorze Onega, w Karelii, w rejonie miedwieżjegorskim, w północnej Rosji, na której znajduje się kompleks drewnianych cerkwi, kaplic i domów. Kiży to jedno z najpopularniejszych wśród turystów miejsc Rosji.

Wg pierwszego planu naszego wyjazdu nie mieliśmy tutaj jechać, bo daleko, bo zupełnie nie po drodze, bo bardzo drogo. Ale przecież to jedna z największych atrakcji turystycznych Rosji, w dodatku zupełnie "off the beaten track", raczej niewielu zagranicznych turystów tutaj dociera i było by czym się pochwalić koneserom turystycznych atrakcji, co prawda nie znamy takich wielu, no ale. A w dodatku, jeśli tuż obok - jak na rosyjskie warunki - mieszka siostra żony, która mogła by nas przenocować to dlaczego nie poświęcić tego całego dnia jazdy samochodem w jedną stronę żeby tutaj dotrzeć.

Jak najłatwiej? Najłatwiej to chyba kupić w Polsce jakąś wycieczkę, która ma to w programie. Najłatwiej, nie znaczy najtaniej i nie wszyscy lubią wycieczki.  Kto nie wybrał tego sposobu powinien najpierw dostać się do Pietrozawodska. Z Petersburga jest to tylko ok. 430 km samochodem, 6 godzin jazdy całkiem dobrymi drogami. Jak ktoś nie ma samochodu można pociągiem, samolotem lub autostopem - znamy takich którzy jeździli tym środkiem komunikacji dalej na północ i w dodatku w zimie. Jak już się jest w Pietrozawodsku to można kupić w jakimś hotelu albo biurze wycieczkę (słowo użyte 3 raz w tym akapicie !!!)


Ktoś kto nie lubi zorganizowanych... ekskursjii,  musi się wybrać na przystań celem zakupienia biletów na środek transportu widoczny na poniższym zdjęciu, wodolot - Судно на подводных крыльях (СПК), który w godzinę i 15 minut pokona odległość ok. 60 km i przetransportuje nas na wyspę Kiży. Bilety nie są tanie 2000 rubli (ok. 130 zł) w obie strony, a w dodatku w sezonie turystycznym mogą być już wykupione. Aby uniknąć rozczarowania przy kasie biletowej, my wcześniej poprosiliśmy siostrę żony o zakup biletów dla naszej małej grupy - wstawiając to słowo uniknąłem użycia po raz kolejny słowa wycieczka. Dla tych kto nie ma krewnych ani znajomych w Pietrozawodsku podaję link, który może ułatwi dotarcie i wcześniejszy zakup biletów:

http://kizhi.karelia.ru/


Pojazdy nazywają się Kometa i Meteor i jak na coś co porusza się po wodzie, są szybkie. Wyposażenie jest w wysokim standardzie, ale był to wysoki standard w czasach kiedy je zbudowano czyli chyba lata osiemdziesiąte Są głośne i nie ma w nich klimatyzacji, w gorący dzień jest w nich duszno. Miejsca są nienumerowane więc kto pierwszy, ten zajmie lepsze miejsce. 


To były informacje dla tych, którzy lubią marudzić. Ale za to są szybkie, co już pisałem i 60 km po wodzie pokonują w ponad godzinę. Jak komuś opis się nie spodobał może skorzystać z innych opcji dostania się na Kiży. Np. z przelotu specjalnie wynajętym helikopterem lub z rejsu takim statkiem.


Po dopłynięciu, trzeba udać się do kasy zakupić odpowiedni bilet - 500 rubli (~33 zł), następnie dołączyć do jakiejś podgrupy, która utworzyła się z jednej grupy, która przypłynęła Kometą bądź Meteorem i można rozpocząć zwiedzanie wyspy. Każdą podgrupę oprowadza przewodnik, który opowiada mniej lub bardziej ciekawie o obiektach, które można zobaczyć na południowej części wyspy. Jeśli opowiada mniej ciekawie, lub słabo zna się język rosyjski można zmienić grupę, albo zwiedzać samemu.



Najbardziej znanym obiektem na wyspie jest Cerkiew Przemienienia Pańskiego - Преображения Господня -zbudowana w 1714 roku  Jest to zabytek o znaczeniu międzynarodowym, wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Jak mówią została zbudowana bez użycia gwoździ. Kiedy byliśmy była w częściowym remoncie i nie można jej było zwiedzać w środku. Moi teściowie powiedzieli mi później, że kiedy oni byli na Kiży jakieś 20 lat temu, ta cerkiew też wtedy była w remoncie. Przewodnik mówił, że remont kiedyś się skończy. Nawet chyba określił datę.  Cerkiew ta jest to cerkiew letnia, to znaczy nabożeństwa odbywały się w niej tylko latem.


Dla tych mieszkańców wyspy, którym zima nie straszna i mimo mrozów też chcieli by się pomodlić wybudowano tuż obok zimową cerkiew Opieki Matki Bożej - Покрова Богородицы.


Ta druga cerkiew, zimowa nie była w remoncie i można było zwiedzać ją w środku.


Między obydwoma cerkwiami zbudowano - niezbędny w takim przypadku element - drewnianą dzwonnicę - колокольня Кижского погоста. Wejście na wieżę płatne dodatkowo.
Całość otoczono gustownym ogrodzeniem. Niestety nie udało się wyciąć pana w prawym dolnym rogu zdjęcia.




Kiży teraz to przede wszystkim skansen. Zwykle w skansenach budynki są przywożone z różnych regionów, tutaj nic nie zostało przywiezione, wszystko jest tutejsze. Tutejsze... I w tym momencie nasuwa się pytanie: dlaczego, gdzieś w środku niczego, na jakiejś samotnej wyspie na północy, gdzie obecnie nikt na stałe nie mieszka zbudowano tyle i przede wszystkim takich wspaniałych i niepowtarzalnych cerkwi? Bo te dwie, letnia i zimowa nie są jedynymi na wyspie. Przecież nie tylko "ad maiorem Dei gloriam". Jakąś odpowiedzią jest to, że w XVI wieku wyspa stała się lokalnym centrum i zjednoczyła ok. 100 okolicznych wsi. No, ale były też wieksze "centra" gdzie tak wspaniałe obiekty nie powstały.
Tyle refleksji. Wracamy do zwiedzania skansenu.
Jak w każdym skansenie tutaj też nie mogło zabraknąć  takich obiektów jak:



- dom bogatego mieszkańca wyspy, we wnętrzu którego Pani w służbowym stroju ludowym pokazuje jak coś się kiedyś robiło


- narzędzi pracy dawnych mieszkańców wyspy


- typowej ruskiej bani


- pięknych okoliczności przyrody w tym przypadku pola uprawnego,


- wiatraka


- cmentarza



Ostatni punkt zorganizowanego zwiedzania skansenu to krótki koncert na dzwony i dzwonki.




To tyle jeśli chodzi o oficjalne zwiedzanie skansenu na południowej części wyspy. Jeśli jest część południowa, to musi też być część północna. Można ją też zwiedzać, ale już raczej indywidualnie. Można pieszo jeśli ma się dużo czasu, jeśli ma się mniej czasu bo np. za półtorej godziny odpływa powrotny transport to warto wypożyczyć rower. Można jeszcze bryczką, ale rower zawiezie nas tam gdzie my chcemy, zaś bryczka niezupełnie.

Zobaczyć tu - tzn. w północnej części wyspy - można:

- dawne domy, dawnych mieszkańców wyspy, które obecnie służą jako dacze ich spadkobiercom,


- typową ruską banię,


- drewniane cerkwie,


- cmentarz,


a wszystko to położone w pięknych okolicznościach przyrody.

Jeśli już zobaczyliśmy to wszystko i trochę zmęczyło nas zwiedzanie, to pełni wrażeń możemy wrócić w okolicę przystani aby w restauracji zjeść jakieś lokalne karelskie danie i popić już mniej lokalnym, typowym ruskim kwasem.



Po mniej lub bardziej obfitym posiłku, w oczekiwaniu na Kometę lub Meteora, które zabiorą nas z powrotem do Pietrozawodska możemy nabyć dla siebie i najbliższych obowiązkowy magnes na lodówkę



 oraz jakąś mniej lub bardziej gustowną pamiątkę w jednym z wielu sklepów z pamiątkami.



Ostatni rzut oka ze pokładu naszego środka transportu na wyspę,


i jeszcze jeden trochę dalej.


Nasz wodolot - Судно на подводных крыльях (СПК) - rozwinął swą maksymalną prędkość podróżną i zostawił daleko w tyle wyspę Kiży.